Wierszyki
- Aniołki
- Bąk
- Fikoły
- Grzebień
- Mądra sowa z Chotomowa
- Marzenia
- Mole książkowe
- Ośla ławka
- Ploteczki
- Ręce
- Sól i cukier
- Zakochane parasole
- Zebra
- Żelazko
Aniołki
Gdzieś daleko w niebie,
Za firanką chmurką,
Mieszkają aniołki,
Leciutkie jak piórko.
Jak puszyste ptaszki
Po niebie fruwają,
Przez obłok z koronki
Na dół spoglądają.
Przykleiły noski
Do okienka nieba,
Pilnują czy czegoś
Dzieciom nie potrzeba.
Jak mówi modlitwa:
– Anioł w dzień i w nocy,
Na wezwanie dziecka,
Leci ku pomocy.
Przytuli je mocno,
Gdy mama daleko,
Sprowadzi do domu,
Gdy zbłądzi nad rzeką.
Gdy chce coś źle zrobić
Myśli w lot zatrzyma,
A przy tym tak śmiesznie
Policzki wydyma.
Cały lśni w słoneczku,
śmieje mu się minka,
Może to być chłopiec,
Może być dziewczynka.
Bąk
Przyleciał znad mazurskich łąk,
Tłuściutki, okrąglutki bąk.
Miękki, pluszowy miał kubraczek,
A na nim żółto-czarny szlaczek.
Przyfrunął w lipcu na dni parę,
By jak bąk... opić się nektarem.
Wystraszył nawet stado owiec,
Gdy tak przeleciał jak bombowiec.
Na kwiatku zoczył małą pszczółkę,
Która zbierała nektar czułkiem.
Podciągnął swoje czarne gatki
I rzekł: – Lecimy nad bławatki?
No proszę, razem polatajmy,
I pyłków trochę pozjadajmy.
A kiedy już się posilimy,
To na słoneczku poleżymy.
Pszczółka przerwała swoją pracę:
– Uciekaj! Bo cierpliwość stracę!
Ty nic, a nic się nie wysilasz!
Ty całe życie bąki zbijasz!
Stanowczo powiedziała: – Nie!
Nie będę latać byle gdzie!
Ja muszę cały czas pracować,
By miód na zimę w plastry schować.
I cóż miał zrobić bączek złoty?
On niezwyczajny był roboty.
Nie mógł też zostać ula królem,
Bo to królowa rządzi ulem.
– Muszę odfrunąć – bąknął bąk –
Nie będę pracą brudził rąk.
Wzniósł się wysoko, hen do góry,
Aby powrócić na Mazury.
FIKOŁY
Z tyłu za domem na mym podwórku,
Suszy się pranie na długim sznurku.
Mokre i ciężkie patrzy do góry,
Czy czasem deszczu nie będzie z chmury.
Lecz próżne dzisiaj są te obawy,
Słońce wciąż świeci – będą zabawy!
– Już wietrzyk wieje, już się bujamy –
Cieszą się mokre do cna firany.
Sweter bluzeczkę za rękę trzyma:
– Robimy podskok, wesoła mina!
Ciągle wirują, w kółko tańcują,
Aż guzikami się wnet splątują.
– Niechaj koszula się nie rozpiera
I o powłoczkę się nie opiera!
– Ależ nie mogę, wiatr mnie łaskocze,
A z mych rękawów robi warkocze.
Spodnie dwa salta już wykręciły,
Dokoła sznurka się zakręciły.
Na dalsze skoki chęci nie mają.
Bo im nogawki w kieszeń wpadają.
Krzyczą na siebie ciągle skarpety:
– Uważaj! Odcisk! Boli! O rety!
Tak sobie drepczą na letnim wietrze,
Że ciągle jedna po drugiej depcze.
Para spinaczy serwetkę trzyma.
Powiało mocniej! O, już nie trzyma!
Serwetka sobie w powietrzu leci,
Mama cos krzyczy, śmieją się dzieci.
A wietrzyk wieje psotny, wesoły,
Patrząc, jak pranie robi… fikoły.
Grzebień
Czyta grzebień ogłoszenie:
„Chore zęby w zdrowe zmienię,
Czy siekacze, czy trzonowe,
Zaraz zmienię je na nowe”.
Podpisane jest – „dentysta”.
(To jest sprawa oczywista,
Że od zębów jest dentysta).
Spojrzał grzebień do lusterka,
Tu ubytek, tam usterka.
– Do lekarz ruszyć muszę,
Bo do jutra się wykruszę.
Zęby pastą wyszorował,
Szczotkę do kieszeni schował.
Poszedł szybko do dentysty,
Wymuskany, piękny, czysty.
Stomatolog patrzy blady,
Wiertło chowa do szuflady.
– Oj, grzebieniu! Straszna bieda!
Tobą już się czesać nie da!
Zębów pięć masz zwichrowanych,
Osiemnaście wyłamanych.
Trudne będą me starania,
Jesteś taki z zaniedbania.
Jeśli zębów masz tak wiele,
Myj je co dzień – nie w niedzielę.
Będą wtedy zawsze zdrowe,
Do czesania głów gotowe.
Mądra sowa z Chotomowa
Jest na dębie koło Bracka
Kancelaria adwokacka.
Mądra ją prowadzi sowa,
Co przybyła z Chotomowa.
Sowa siwa, bardzo stara
(dziób w drucianych okularach)
Siedzi sobie i orzeka,
A kolejka chętnych czeka.
– Puk! Puk! – Proszę!
Wchodzi zając
I – uszami wywijając – pyta:
– Czy ja mogę
Przebiec niedźwiedziowi drogę?
Sowa myśli, każe czekać.
Za zajączkiem myszki wchodzą
I od progu się rozwodzą:
– Bo bóbr ciągle ścina drzewa,
Rzeka norki nam zalewa!
Sowa myśli, każe czekać.
Siedzi sowa zamyślona,
A tu do niej frunie wrona.
– Droga sowo, na me dzieci,
Sroka kradnie, co się świecie!
Sowa myśli, każe czekać.
Wtem do dziupli wydra wpada
I na krzesło szybko siada.
– Moja sowo, łubu-dubu,
Żaba nie chce oddać długu!
Sowa myśli, każe czekać.
Wchodzi wilk i pomrukuje,
Wielką łapą się wachluje.
– Mądra sowa, nie żartuję,
Lis w warcaby oszukuje!
Sowa duma: – Chociaż myślę,
Nic mądrego nie wymyślę.
Bo czy jest na świecie rada,
Aby zmienić w mig sąsiada?
Za klientem drzwi zamknęła,
Tak myślała, aż usnęła.
Bo to była mądra sowa,
Sowa rodem z Chotomowa.
Marzenia
Dzieci lubią mieć marzenia,
Chcą, by były do spełnienia.
Każde w głowie ma guziczek,
Taki mały żółty pstryczek,
Co im świat piękniejszym czyni,
Od Krakowa aż do Gdyni.
Krzysio chciałby być pilotem.
Pstryk – już lata samolotem.
Ewa chce lekarzem zostać.
Pstryk – już w białym kitlu postać.
Kosmonautą chce być Jurek.
Pstryk – i pędzi w kosmos, w górę.
Lecz są również takie dzieci,
Którym słońce słabiej świeci.
Jacek, co ma chorą nogę,
Chciałby dosiąść hulajnogę.
Julia, która słuch ma słaby,
Chce usłyszeć szelest trawy.
Ale wszystkie ich marzenia,
Są z tym pstryczkiem do spełnienia.
No, więc śmiało, przekręć pstryczek,
A nuż właśnie dziś guziczek
W świat twych marzeń cię zabierze
– Będziesz zdrowy bohaterze!
Mole książkowe
W bibliotece w mojej szkole
konferencję mają mole.
Lecz nie te, co wełnę jedzą,
ale te, co w książkach siedzą.
Co się za mądrzejsze mają,
bo o świecie wciąż czytają.
Górną półkę dziś zajęły
i zebranie rozpoczęły.
– Proszę molej społeczności!
Witam bardzo wszystkich gości!
Dzisiaj – wszyscy o tym wiemy –
„Książkę Roku” wybierzemy.
Setka moli przyleciała,
podzielone zdania miała.
Każdy inną książkę lubi,
przeczytaniem jej się chlubi.
– Ja głosuję na bajeczki,
nie znam lepszej tu książeczki.
Inny woli kryminały,
co je czytał miesiąc cały.
Baśnie! Wiersze! I powieści!
Ten mól krzyczy. Tamten wrzeszczy.
Zamieszanie się zrobiło,
siedem moli się pobiło.
Wtem na obiad ktoś zadzwonił,
bijatykę tym rozgonił.
Gdy do stołu mole siadły,
to... kucharską książkę zjadły.
Ośla ławka
Nad osiołkiem Długouchym
Brzęczą przemądrzałe muchy.
– Panie ośle, panie ośle,
Niech pan dziecko do szkół pośle!
Słucha muszek osioł stary:
– One mają złe zamiary!
Na co osłu jest czytanie
Lub cyferek dodawanie.
Na zielonej siedzi trawce,
Albo kąpie się w sadzawce.
Odkąd żyją te zwierzęta,
Osła w szkole nie pamiętam!
A sio, muchy! A sio, muchy!
Jakem osioł Długouchy,
Pragnę, by mój syn osiołek
Całe życie był matołek!
Ale muchy dalej brzęczą,
Wciąż mu się nad głową kręcą.
– Panie ośle, panie ośle,
Niech pan malca do szkół pośle!
Siedzi, myśli Długouchy:
– Może racje mają muchy?
W ucho drapie się ogonem:
– Czy mam dziecko mieć szkolone?
Zła tradycja jest rodzinna,
Która braku wiedz winna.
Chyba trawkę i sadzawkę
Zmienię mu na „oślą ławkę”!
Ploteczki
Spotkały się na ploteczki
Dwie kumoszki – poduszeczki.
Większa się pod boki wzięła
I trajkotać tak zaczęła:
– Droga poduszko! Droga poduszko!
Szepnę coś pani zaraz na uszko!
Podobno wczoraj przyszła do łóżka,
Nowa poduszka w kształcie serduszka.
Różowy jasiek tak ją pokochał,
Że teraz w kącie z miłości szlocha.
Czy pani wie? Czy pani wie?
Kołdra na pocztę wybiera się!
Kupiła sobie wielką kopertę
I list udaje – to niepojęte!
No, a pierzyna?! Jest taka wstrętna!
Wielka i gruba, strasznie rozdęta!
Twierdzi, że żywi się tylko pierzem.
Czy pani wierzy? Bo ja nie wierzę!
A pies co z dworu do łóżka wpadł,
Zostawił ślady brudnych psich łap.
Bo z tego kundla to kawał drania,
Ciągle tu szuka miejsca do spania.
Jeszcze słyszałam, że koc ma smutki.
Bo proszę pani, on jest za krótki!
Jego na całe łóżko nie staje,
On się po prostu tu nie nadaje!
A prześcieradło jest tak leniwe,
Że ciągle leży tak jak nieżywe.
Nikt nie wie, czy jest takie zmęczone,
Czy też dni jego są policzone?
Gdy całe łóżko już obgadała,
Do swej sąsiadki tak powiedziała:
– Moja słodziutka? Czy pani słucha?
Nadstawia ucho mniejsza poducha:
– Pani coś mówi?! Bo jestem głucha!
Ręce
Na spacerze ręka mała
Dużą rękę dziś spotkała.
Paluszkami się splątały
I tak sobie wędrowały.
Mała piąstka w dłoni dużej
Chce posiedzieć trochę dłużej.
Bo się bardzo dobrze czuje,
Gdy ją duża przytrzymuje.
Trochę ślisko – rączka mała
W dużej ręce się schowała.
Przez ulicę przechodzimy
– Małej samej nie puścimy.
Duża myśli – jak przyjemnie,
Gdy tak mała wierz we mnie.
Jak to miło tak wędrować
I się małą opiekować.
A gdy miną długie lata,
Posiwieje trochę tata,
Dłonie znowu się spotkają
– Młode stare przytrzymają.
Trochę ślisko – ręka stara
W młodej dłoni się spotkała.
Przez ulicę przechodzimy
– Starszej samej nie puścimy.
Te spacery uczą nas,
Że choć szybko mija czas,
Nasze ręce się trzymają,
Zawsze wtedy, gdy kochają.
Sól i cukier
Cukier kryształ z cukierniczki
Zerkał wciąż na sól z solniczki.
– Sól kamienna, jak ja biała,
Jest na żonę doskonała!
Muszę tylko się przekonać,
Czy za bardzo nie jest słona.
Zamknął w swoim domku drzwiczki
I zapukał do solniczki.
– Może razem się spotkamy,
Wtedy lepiej się poznamy?
Sól fuknęła oburzona:
– Ja się czuję obrażona!
Sól i cukier?! Wykluczone!
Lubię tylko to, co słone!
Proszę w domu mym nie gościć,
Bo mam od słodyczy mdłości.
Niech pan lepiej, panie cukrze,
Z jajkiem kogel-mogel utrze.
Wrócił cukier zrozpaczony,
Solą trochę przyprószony.
Myśli sobie bardzo smutny:
– Czemu los jest tak okrutny?
Wszyscy mówią – cukier krzepi,
A sól każe się odczepić.
Z tego smutku tak skamieniał,
Że się w kostki pozamieniał.
Zakochane parasole
W kawiarni „Pod deszczykiem”,
Przy kawiarnianym stole,
Usiadły zakochane,
Zwyczajne parasole.
Parasol ma garnitur
Brązowy w jasne prążki,
Pod szyją ciemną muchę
I w rękawiczkach rączki.
Zaś jego ukochana
W czerwonej jest sukience,
U góry ma falbankę
I duży wachlarz w ręce.
Zamówią dziś herbatkę
I zjedzą po wuzetce,
To, co im poda kelner,
Postawią na serwetce.
Muzyki posłuchają,
Potańczą też troszeczkę,
Aż pan parasol powie:
– Chcę z ciebie mieć żoneczkę
I małe parasolki
– chłopczyka i dziewczynkę.
A pani parasolka
Niewinną zrobi minkę.
I kiedy już wyznają,
Jak bardzo się kochają.
To wyjdą przytulone,
Pogodę za nic mając.
Bo każda parasolka
Czuć musi się bezpiecznie,
Gdy pan parasol czuwa
W dni słotne i słoneczne.
Zebra
Przyszła zebra do malarza.
– Moja barwa mnie przeraża!
Dłużej już tak być nie może,
Ktoś zapomniał o kolorze!
Chociaż jestem jeszcze mała,
Nie chcę być wciąż czarno-biała.
Wizerunek zmienić muszę,
W czarnych pasach już się duszę
Chcę mieć smugi kolorowe,
Tu niebieskie, tam różowe.
Mam być pięknie ubarwiona,
Jak papuga, nie jak wrona.
Grzywkę proszę na czerwono,
A kopytka na zielono.
Zaś ogonek, choć cieniutki,
W kolorowe chcę mieć nutki.
Malarz szybko zjadł śniadanie,
Zaczął zebry malowanie.
Lecz się bardzo denerwował
I ją w kratę pomalował.
Ale czy to być tak może?
Widział zebrę ktoś w kolorze?
I do tego w szkocką kratkę,
Jak spódniczkę czy makatkę?
Żelazko
Płynie żelazko po wodzie w kwiatki,
Płynie szybko i gładzi bratki.
Płynie żelazko po wodzie w pasy,
Płynie z Gdańska do Mombasy.
Wiatrem się wcale nie przejmuje,
Kraciaste grzywy – hop! – przeskakuje.
Bałwany dzisiaj są kolorowe:
Niebieskie, żółte i fioletowe.
A gdy przepłynie, spokój nastaje,
Giną gdzieś wszystkie wzburzone fale.
Woda się staje spokojna, gładka
– Bo to koszulka jest wujka Tadka.
Płynie przed siebie, robiąc zakręty,
Burzy wciąż morza ciemne odmęty.
Zwiedzając porty w zatokach wielkich,
Wypluwa z siebie wody bąbelki.
Silnik ma bardzo, bardzo gorący,
Na górze lampek pięć migających.
Parowiec lśniący jest i błyszczący,
Parą od dołu wciąż buchający.
Jest na nim mostek dowodzenia,
Na którym nigdy załogi nie ma.
Ma tylko tatę – kapitana,
Co rano wziął się do prasowania.
