Informujemy, iż ten serwis wykorzystuje pliki cookies. Używamy informacji zapisanych za pomocą cookies w celu dostosowania serwisu do indywidualnych potrzeb użytkowników oraz do celów statystycznych i analizy ruchu. Jeśli wyrażasz zgodę na używanie cookies, to będą one zapisane w pamięci twojej przeglądarki. W przeglądarce internetowej możesz zmienić ustawienia dotyczące cookies.

OK

Wierszyki

Aniołki

Gdzieś daleko w niebie,
Za firanką chmurką,
Mieszkają aniołki,
Leciutkie jak piórko.

Jak puszyste ptaszki
Po niebie fruwają,
Przez obłok z koronki
Na dół spoglądają.

Przykleiły noski
Do okienka nieba,
Pilnują czy czegoś
Dzieciom nie potrzeba.

Jak mówi modlitwa:
– Anioł w dzień i w nocy,
Na wezwanie dziecka,
Leci ku pomocy.

Przytuli je mocno,
Gdy mama daleko,
Sprowadzi do domu,
Gdy zbłądzi nad rzeką.

Gdy chce coś źle zrobić
Myśli w lot zatrzyma,
A przy tym tak śmiesznie
Policzki wydyma.

Cały lśni w słoneczku,
śmieje mu się minka,
Może to być chłopiec,
Może być dziewczynka.

^ powrót

Bąk

Przyleciał znad mazurskich łąk,
Tłuściutki, okrąglutki bąk.
Miękki, pluszowy miał kubraczek,
A na nim żółto-czarny szlaczek.

Przyfrunął w lipcu na dni parę,
By jak bąk... opić się nektarem.
Wystraszył nawet stado owiec,
Gdy tak przeleciał jak bombowiec.

Na kwiatku zoczył małą pszczółkę,
Która zbierała nektar czułkiem.
Podciągnął swoje czarne gatki
I rzekł: – Lecimy nad bławatki?

No proszę, razem polatajmy,
I pyłków trochę pozjadajmy.
A kiedy już się posilimy,
To na słoneczku poleżymy.

Pszczółka przerwała swoją pracę:
– Uciekaj! Bo cierpliwość stracę!
Ty nic, a nic się nie wysilasz!
Ty całe życie bąki zbijasz!

Stanowczo powiedziała: – Nie!
Nie będę latać byle gdzie!
Ja muszę cały czas pracować,
By miód na zimę w plastry schować.

I cóż miał zrobić bączek złoty?
On niezwyczajny był roboty.
Nie mógł też zostać ula królem,
Bo to królowa rządzi ulem.

– Muszę odfrunąć – bąknął bąk –
Nie będę pracą brudził rąk.
Wzniósł się wysoko, hen do góry,
Aby powrócić na Mazury.

^ powrót

Buty

Stały buty w przedpokoju,
Szykowały się do boju.
Które są ważniejsze dziś,
Które dziś założy Zdziś?

Tuż przy progu dwa sandały,
Tak ze sobą rozmawiały:
– Czy choć trochę pochodzimy?
Przecież jeszcze nie ma zimy.

Paski im zwisają smętnie,
Sprzączki na nich nie zapięte
I pewności wciąż nie mają,
Czy po piasku pobiegają.

Stoi kalosz pod wieszakiem
– Chyba się obejdę smakiem.
Nie założy mnie już Zdziś,
No bo deszczu nie ma dziś.

Zresztą nie wiem, gdzie kolega,
On jest z prawa, a ja z lewa.
Ja niebieski, on niebieski,
Z deszczu ocieramy łezki.

Zza kalosza do lusterka,
Pantofelek sobie zerka.
Sznurowadło szybko wiąże.
– Rety! Rety! bo nie zdążę!

Choć mam nosek podrapany,
Boczek z lekka pościerany,
To kokardę zrobić muszę,
Bez niej z domu się nie ruszę.

Kapcie co pompony mają,
Spod kanapy wyglądają.
Całe w kolorową kratkę,
Czyż na spacer mają chrapkę?

Przecież ciągle w domu siedzą
I o świecie nic nie wiedzą.
Ależ skądże! Ich marzeniem
Jest dziś Zdzisia przebudzenie.

Kiedy Zdziś z kanapy wstanie,
Zacznie butów przymierzanie.
Buty o tym dyskutują
I na spacer się szykują.

^ powrót

Dzień Taty

W wielkiej szafie, przed Dniem Taty,
Pokłóciły się krawaty.
Który z niech jest najmodniejszy?
Który z nich jest najładniejszy?

Który tata jutro włoży,
Aby mu życzenia złożyć.
Czy niebieski w komputery?
Czy zielony w piłki cztery?

Może żółty w samochody?
Czy ten w lasy i ogrody?
– Wiem! Ten w narty i rowery!
– Nie! Ten w statki i bandery!

Spierały się między sobą,
Który z nich ma być ozdobą.
Który jutro, do kołnierza,
Tata założyć zamierza.

Nagle mucha wyleciała
I radośnie zabzyczała:
– Bzzzyt! – mam pomysł odlotowy!
Na Dzień Taty – strój galowy!

Zaś do fraka czy surduta,
Jak świat światem tylko mucha!
Krawat? – zbyt jest pospolity,
Lepsze muchy aksamity.

Lecz nasz tata, na Dzień Taty,
Gdy już dostał od nas kwiaty,
Zwykłą bluzę wziął z dna szafy
I przytulił swoje skrzaty.

Nie oglądał się na mody,
Zabrał nas na duże lody,
Jego szyję zaś ściskały
Dzieci, które go kochały.

Bo prawdziwi są faceci
Tylko wtedy, gdy im dzieci,
Zamiast muchy i krawata
Tulą szyję, szepcząc – TATA.

^ powrót

Dziura Dziumdzia

W długich spodniach na kolanie,
Dziura Dziumdzia ma mieszkanie.
Dziura wielka, postrzępiona,
Nieforemna, wykrzywiona.

Patrzy na świat jednym ślepiem:
– Gdzie by mi tu było lepiej?
Ciągle głodna spodnie zjada,
Na nich plamą się rozkłada.

Spodni coraz mniej już jest,
Dziumdzia wielka jest, że fest!
Spodnie myślą: – Niepodobna!
Nas ubywa, ona głodna!

Zawołajmy igłę z nitką,
Niechaj ją zaszyje szybko!
Przyszła nitka, za nią igła,
Dziura – hyc! – na łokieć śmigła!

Tam łokciami się rozpycha,
Łokieć krzyczy: – Tam do licha!
– Igło, szybko tu przybywaj!
Choćby dratwą łatę wszywaj!

Przyleciała igła z dratwą
(Łatę dratwą wszyć niełatwo),
Dziumdzia patrzy bystrym wzrokiem
I ucieka szybkim krokiem.

Na skarpetę skok zrobiła,
Paluch na wierzch wystawiła
I tym palcem w bucie kiwa,
Ciesząc się, że wciąż wygrywa.

Jak tu zaszyć dziurę szybko?
Droga igło! Dratwo! Nitko!
Zróbcie z nią porządek, proszę,
Bo jej mam po dziurki nosie!

^ powrót

Dżem

Mą spiżarnię na jesieni
W wielki hotel ktoś zamienił.
Na półeczkach jak w pokojach,
Śpią przetwory w nocnych strojach.

W starej szafce z boku stoi,
Pełen dżemu, szklany słoik.
A w nim cukrem przyprószone,
Śpią owoce rozmarzone.

Nos przytula do jabłuszka,
Pochrapując przez sen gruszka.
Delikatna zaś poziomka
Tuli buzię do małżonka.

Śpi żółciutka mirabelka,
Obok niej śliwka węgierka.
Oczy kleją się lubaszce,
Która leży przy truskawce.

Agrest prosi swoją mamę,
By włożyła mu pidżamę.
Życzy wszystkim: – Dobrej nocy –
I zamyka śpiące oczy.

Bardzo wiedzieć chce malina,
Czy umyła się jeżyna?
– Ona ciągle taka czarna!
U niej coś higiena marna!

Słoik na to aż podskoczył:
– Gdzie ty masz malinko oczy?
Wszyscy wiedzą, że jeżynka
Jest tak czarna jak murzynka.

Bardzo proszę, skończ te waśnie,
Niechaj każdy smacznie zaśnie.
I spokojnie sobie drzemie
W wieloowocowym dżemie.

^ powrót

FIKOŁY

Z tyłu za domem na mym podwórku,
Suszy się pranie na długim sznurku.
Mokre i ciężkie patrzy do góry,
Czy czasem deszczu nie będzie z chmury.

Lecz próżne dzisiaj są te obawy,
Słońce wciąż świeci – będą zabawy!
– Już wietrzyk wieje, już się bujamy –
Cieszą się mokre do cna firany.

Sweter bluzeczkę za rękę trzyma:
– Robimy podskok, wesoła mina!
Ciągle wirują, w kółko tańcują,
Aż guzikami się wnet splątują.

– Niechaj koszula się nie rozpiera
I o powłoczkę się nie opiera!
– Ależ nie mogę, wiatr mnie łaskocze,
A z mych rękawów robi warkocze.

Spodnie dwa salta już wykręciły,
Dokoła sznurka się zakręciły.
Na dalsze skoki chęci nie mają.
Bo im nogawki w kieszeń wpadają.

Krzyczą na siebie ciągle skarpety:
– Uważaj! Odcisk! Boli! O rety!
Tak sobie drepczą na letnim wietrze,
Że ciągle jedna po drugiej depcze.

Para spinaczy serwetkę trzyma.
Powiało mocniej! O, już nie trzyma!
Serwetka sobie w powietrzu leci,
Mama cos krzyczy, śmieją się dzieci.

A wietrzyk wieje psotny, wesoły,
Patrząc, jak pranie robi… fikoły.

^ powrót

Grzebień

Czyta grzebień ogłoszenie:

„Chore zęby w zdrowe zmienię,
Czy siekacze, czy trzonowe,
Zaraz zmienię je na nowe”.

Podpisane jest – „dentysta”.

(To jest sprawa oczywista,
Że od zębów jest dentysta).

Spojrzał grzebień do lusterka,
Tu ubytek, tam usterka.
– Do lekarz ruszyć muszę,
Bo do jutra się wykruszę.

Zęby pastą wyszorował,
Szczotkę do kieszeni schował.
Poszedł szybko do dentysty,
Wymuskany, piękny, czysty.

Stomatolog patrzy blady,
Wiertło chowa do szuflady.
– Oj, grzebieniu! Straszna bieda!
Tobą już się czesać nie da!

Zębów pięć masz zwichrowanych,
Osiemnaście wyłamanych.
Trudne będą me starania,
Jesteś taki z zaniedbania.

Jeśli zębów masz tak wiele,
Myj je co dzień – nie w niedzielę.
Będą wtedy zawsze zdrowe,
Do czesania głów gotowe.

^ powrót

Mądra sowa z Chotomowa

Jest na dębie koło Bracka
Kancelaria adwokacka.
Mądra ją prowadzi sowa,
Co przybyła z Chotomowa.
Sowa siwa, bardzo stara
(dziób w drucianych okularach)
Siedzi sobie i orzeka,
A kolejka chętnych czeka.

– Puk! Puk! – Proszę!
Wchodzi zając
I – uszami wywijając – pyta:
– Czy ja mogę
Przebiec niedźwiedziowi drogę?

Sowa myśli, każe czekać.

Za zajączkiem myszki wchodzą
I od progu się rozwodzą:
– Bo bóbr ciągle ścina drzewa,
Rzeka norki nam zalewa!

Sowa myśli, każe czekać.

Siedzi sowa zamyślona,
A tu do niej frunie wrona.
– Droga sowo, na me dzieci,
Sroka kradnie, co się świecie!

Sowa myśli, każe czekać.

Wtem do dziupli wydra wpada
I na krzesło szybko siada.
– Moja sowo, łubu-dubu,
Żaba nie chce oddać długu!

Sowa myśli, każe czekać.

Wchodzi wilk i pomrukuje,
Wielką łapą się wachluje.
– Mądra sowa, nie żartuję,
Lis w warcaby oszukuje!

Sowa duma: – Chociaż myślę,
Nic mądrego nie wymyślę.
Bo czy jest na świecie rada,
Aby zmienić w mig sąsiada?
Za klientem drzwi zamknęła,
Tak myślała, aż usnęła.
Bo to była mądra sowa,
Sowa rodem z Chotomowa.

^ powrót

Marzenia

Dzieci lubią mieć marzenia,
Chcą, by były do spełnienia.
Każde w głowie ma guziczek,
Taki mały żółty pstryczek,
Co im świat piękniejszym czyni,
Od Krakowa aż do Gdyni.

Krzysio chciałby być pilotem.
Pstryk – już lata samolotem.
Ewa chce lekarzem zostać.
Pstryk – już w białym kitlu postać.
Kosmonautą chce być Jurek.
Pstryk – i pędzi w kosmos, w górę.

Lecz są również takie dzieci,
Którym słońce słabiej świeci.
Jacek, co ma chorą nogę,
Chciałby dosiąść hulajnogę.
Julia, która słuch ma słaby,
Chce usłyszeć szelest trawy.

Ale wszystkie ich marzenia,
Są z tym pstryczkiem do spełnienia.
No, więc śmiało, przekręć pstryczek,
A nuż właśnie dziś guziczek
W świat twych marzeń cię zabierze
– Będziesz zdrowy bohaterze!

^ powrót

Mole książkowe

W bibliotece w mojej szkole
konferencję mają mole.
Lecz nie te, co wełnę jedzą,
ale te, co w książkach siedzą.

Co się za mądrzejsze mają,
bo o świecie wciąż czytają.
Górną półkę dziś zajęły
i zebranie rozpoczęły.

– Proszę molej społeczności!
Witam bardzo wszystkich gości!
Dzisiaj – wszyscy o tym wiemy –
„Książkę Roku” wybierzemy.

Setka moli przyleciała,
podzielone zdania miała.
Każdy inną książkę lubi,
przeczytaniem jej się chlubi.

– Ja głosuję na bajeczki,
nie znam lepszej tu książeczki.
Inny woli kryminały,
co je czytał miesiąc cały.

Baśnie! Wiersze! I powieści!
Ten mól krzyczy. Tamten wrzeszczy.
Zamieszanie się zrobiło,
siedem moli się pobiło.

Wtem na obiad ktoś zadzwonił,
bijatykę tym rozgonił.
Gdy do stołu mole siadły,
to... kucharską książkę zjadły.

^ powrót

Ośla ławka

Nad osiołkiem Długouchym
Brzęczą przemądrzałe muchy.
– Panie ośle, panie ośle,
Niech pan dziecko do szkół pośle!

Słucha muszek osioł stary:
– One mają złe zamiary!
Na co osłu jest czytanie
Lub cyferek dodawanie.

Na zielonej siedzi trawce,
Albo kąpie się w sadzawce.
Odkąd żyją te zwierzęta,
Osła w szkole nie pamiętam!

A sio, muchy! A sio, muchy!
Jakem osioł Długouchy,
Pragnę, by mój syn osiołek
Całe życie był matołek!

Ale muchy dalej brzęczą,
Wciąż mu się nad głową kręcą.
– Panie ośle, panie ośle,
Niech pan malca do szkół pośle!

Siedzi, myśli Długouchy:
– Może racje mają muchy?
W ucho drapie się ogonem:
– Czy mam dziecko mieć szkolone?

Zła tradycja jest rodzinna,
Która braku wiedz winna.
Chyba trawkę i sadzawkę
Zmienię mu na „oślą ławkę”!

^ powrót

Plecy

W nocy, kiedy smacznie spałam,
Cichy głosik usłyszałam.
Plecy me nie wytrzymały
I tak z żalem powiedziały:

– Wciąż na plecach leżysz w łóżku,
Połóż się choć raz na brzuszku.
My powietrza już nie mamy,
My już ledwo oddychamy.

Wszystkie mięśnie już nas bolą,
Kto się przejmie naszą dolą?
Wszyscy ludzie plecy mają,
Ale rzadko o nie dbają.

Ważne ręce, ważna głowa,
A za plecy… tchórz się chowa.
Kiedy w lustrze się przeglądasz,
Swoich pleców nie oglądasz.

Chociaż tyłem wciąż chodzimy,
Świata z przodu nie widzimy,
Na nas spada ciężar cały,
Nieraz duży, nieraz mały.

Bo tornister wszystkie dzieci
zakładają gdzie? – Na plecy!
„Na barana” tata nosi
I o zgodę nas nie prosi.

Czy to zimą, czy to wiosną,
Ciągle krzyczą: – Plecy prosto!
Wciąż słyszymy te uwagi:
– Prostuj plecy boś koślawy!

Przez sen żali tych słuchałam,
A raniutko kiedy wstałam,
To swe plecy z wielkim trudem,
Lecz z szacunkiem podrapałam.

^ powrót

Ploteczki

Spotkały się na ploteczki
Dwie kumoszki – poduszeczki.
Większa się pod boki wzięła
I trajkotać tak zaczęła:

– Droga poduszko! Droga poduszko!
Szepnę coś pani zaraz na uszko!

Podobno wczoraj przyszła do łóżka,
Nowa poduszka w kształcie serduszka.
Różowy jasiek tak ją pokochał,
Że teraz w kącie z miłości szlocha.
Czy pani wie? Czy pani wie?
Kołdra na pocztę wybiera się!
Kupiła sobie wielką kopertę
I list udaje – to niepojęte!
No, a pierzyna?! Jest taka wstrętna!
Wielka i gruba, strasznie rozdęta!
Twierdzi, że żywi się tylko pierzem.
Czy pani wierzy? Bo ja nie wierzę!
A pies co z dworu do łóżka wpadł,
Zostawił ślady brudnych psich łap.
Bo z tego kundla to kawał drania,
Ciągle tu szuka miejsca do spania.
Jeszcze słyszałam, że koc ma smutki.
Bo proszę pani, on jest za krótki!
Jego na całe łóżko nie staje,
On się po prostu tu nie nadaje!
A prześcieradło jest tak leniwe,
Że ciągle leży tak jak nieżywe.
Nikt nie wie, czy jest takie zmęczone,
Czy też dni jego są policzone?

Gdy całe łóżko już obgadała,
Do swej sąsiadki tak powiedziała:
– Moja słodziutka? Czy pani słucha?

Nadstawia ucho mniejsza poducha:
– Pani coś mówi?! Bo jestem głucha!

^ powrót

Ręce

Na spacerze ręka mała
Dużą rękę dziś spotkała.
Paluszkami się splątały
I tak sobie wędrowały.

Mała piąstka w dłoni dużej
Chce posiedzieć trochę dłużej.
Bo się bardzo dobrze czuje,
Gdy ją duża przytrzymuje.

Trochę ślisko – rączka mała
W dużej ręce się schowała.
Przez ulicę przechodzimy
– Małej samej nie puścimy.

Duża myśli – jak przyjemnie,
Gdy tak mała wierz we mnie.
Jak to miło tak wędrować
I się małą opiekować.

A gdy miną długie lata,
Posiwieje trochę tata,
Dłonie znowu się spotkają
– Młode stare przytrzymają.

Trochę ślisko – ręka stara
W młodej dłoni się spotkała.
Przez ulicę przechodzimy
– Starszej samej nie puścimy.

Te spacery uczą nas,
Że choć szybko mija czas,
Nasze ręce się trzymają,
Zawsze wtedy, gdy kochają.

^ powrót

Sól i cukier

Cukier kryształ z cukierniczki
Zerkał wciąż na sól z solniczki.
– Sól kamienna, jak ja biała,
Jest na żonę doskonała!
Muszę tylko się przekonać,
Czy za bardzo nie jest słona.

Zamknął w swoim domku drzwiczki
I zapukał do solniczki.
– Może razem się spotkamy,
Wtedy lepiej się poznamy?
Sól fuknęła oburzona:
– Ja się czuję obrażona!

Sól i cukier?! Wykluczone!
Lubię tylko to, co słone!
Proszę w domu mym nie gościć,
Bo mam od słodyczy mdłości.
Niech pan lepiej, panie cukrze,
Z jajkiem kogel-mogel utrze.

Wrócił cukier zrozpaczony,
Solą trochę przyprószony.
Myśli sobie bardzo smutny:
– Czemu los jest tak okrutny?
Wszyscy mówią – cukier krzepi,
A sól każe się odczepić.

Z tego smutku tak skamieniał,
Że się w kostki pozamieniał.

^ powrót

Szklanka przechwalania

Szklanka koło kubka stała
I się przed nim przechwalała:
– Jestem piękna, przezroczysta,
Z dala widać jaka czysta.
Pijesz soczek, czy maślankę,
Widzisz kolor poprzez ściankę.
We mnie można się przeglądać
I odbicie swe oglądać.
Moje boczki lśnią w słoneczku –
Co ty na to mój kubeczku?

Kubek nic nie odpowiada,
Szklanka dalej opowiada.
Jest tak pewna swej wyższości,
Że ją spokój kubka złości.

– Och ty kubku! Ty szczerbaty!
Co masz ucho jak słoń jakiś.
Jesteś gruby i bez wdzięku!
Kto cię zechce trzymać w ręku?
Brzuch wydęty, brzydki szlaczek,
A nad szlaczkiem misia znaczek.
Tak ze złości go popchnęła,
Że ze stołu w dół zepchnęła.
Sama za nim także spadła
I na drobne się rozpadła.

Kubek stracił tylko ucho,
A ze szklanką… strasznie krucho.

^ powrót

Szop pracz

Szop urządził w piątek pranie,
Które zaczął namaczaniem.
Wsypał proszku do miseczki,
Zaniósł miskę, aż do rzeczki.

A w sobotę, tuż nad ranem,
Zaczął wielkie szorowanie.
Bardzo mocno tarł skarpety,
Stare palto, dwa berety.

Kurtkę, szalik, rękawiczki,
Żółty sweter i trzewiczki.
Prał poduszki i dywany
– Cały dom był już uprany.

Ale szop od nowa pierze,
Bo dla niego jest nieświeże.
Znowu pierze swe skarpety,
Stare palto, dwa berety.

Kurtkę, szalik, rękawiczki,
Żółty sweter i trzewiczki.
Po tygodniu szorowania,
Wszystko dziury ma od prania.

Siedzi pracz i medytuje:
– Ja majątek swój zmarnuję!
Muszę pralnię tu otworzyć,
Aby mieć co w ręce włożyć.

Takie czuję powołanie,
Żeby ciągle robić pranie.
Szop ma czystość w charakterze,
Czego dotknie, zaraz pierze.

To co wpadnie w jego łapy,
Zanim trafi na dno szafy,
Pięknie musi być uprane,
Potem zaś uprasowane.

^ powrót

Trzepaczka

Na trzepakach, przed świętami,
Spotykają się dywany.
Małe, duże, kolorowe,
Marzą, aby być jak nowe.

Przybywają też chodniki,
Żeby ćwiczyć tu wymyki.
Stoją w kącie koło murka
I te z wełny, i ze sznurka.

Wtem ze strachu wszystkie zbladły,
Grzywki z frędzli im opadły.
Przed czym trzęsą się jak liście?
Przed trzepaczką oczywiście!

A trzepaczka – chuda, stara,
Podrapana jak maszkara –
Już podwija swe rękawy
I zabiera się do sprawy.

– Wszystkie macie się kołysać,
Z najwyższego drążka zwisać!
Do wieczora – zgodnie z planem –
Zostaniecie wytrzepane!

Szepnął trzepak do chodnika:
– Dobrze radzę, niech pan zmyka.
Przecież zaraz ta potwora
Będzie bić cię po twych wzorach!

Na to chodnik wystraszony,
Czarnym błotem wybrudzony:
– Już nie zdążę drogi panie,
Jak nic dziś dostanę lanie.

A trzepaczka zamach wzięła.
Łup! Łup! Buch! Buch! I do dzieła!
Co się wtedy dziać zaczęło,
Jakby słońce gdzieś umknęło.

Kurzu wzniosły się tumany,
Zemdlał chodnik w czarne plamy,
Dywan zaczął lament wielki
W nerwach skubał swe frędzelki.

Inny kurzem się zakrztusił,
Mały włos, by się udusił.
Lecz trzepaczka – buch go w plecy –
Me klepnięcie kaszel leczy!

Bach! Bach! Bach! Buch! Buch! Buch!
– Brud to mój największy wróg.
W swojej pracy nie ustała,
Wszystkie pięknie wytrzepała.

^ powrót

Zakochane parasole

W kawiarni „Pod deszczykiem”,
Przy kawiarnianym stole,
Usiadły zakochane,
Zwyczajne parasole.

Parasol ma garnitur
Brązowy w jasne prążki,
Pod szyją ciemną muchę
I w rękawiczkach rączki.

Zaś jego ukochana
W czerwonej jest sukience,
U góry ma falbankę
I duży wachlarz w ręce.

Zamówią dziś herbatkę
I zjedzą po wuzetce,
To, co im poda kelner,
Postawią na serwetce.

Muzyki posłuchają,
Potańczą też troszeczkę,
Aż pan parasol powie:
– Chcę z ciebie mieć żoneczkę

I małe parasolki
– chłopczyka i dziewczynkę.
A pani parasolka
Niewinną zrobi minkę.

I kiedy już wyznają,
Jak bardzo się kochają.
To wyjdą przytulone,
Pogodę za nic mając.

Bo każda parasolka
Czuć musi się bezpiecznie,
Gdy pan parasol czuwa
W dni słotne i słoneczne.

^ powrót

Zebra

Przyszła zebra do malarza.
– Moja barwa mnie przeraża!
Dłużej już tak być nie może,
Ktoś zapomniał o kolorze!

Chociaż jestem jeszcze mała,
Nie chcę być wciąż czarno-biała.
Wizerunek zmienić muszę,
W czarnych pasach już się duszę

Chcę mieć smugi kolorowe,
Tu niebieskie, tam różowe.
Mam być pięknie ubarwiona,
Jak papuga, nie jak wrona.

Grzywkę proszę na czerwono,
A kopytka na zielono.
Zaś ogonek, choć cieniutki,
W kolorowe chcę mieć nutki.

Malarz szybko zjadł śniadanie,
Zaczął zebry malowanie.
Lecz się bardzo denerwował
I ją w kratę pomalował.

Ale czy to być tak może?
Widział zebrę ktoś w kolorze?
I do tego w szkocką kratkę,
Jak spódniczkę czy makatkę?

^ powrót

Żelazko

Płynie żelazko po wodzie w kwiatki,
Płynie szybko i gładzi bratki.
Płynie żelazko po wodzie w pasy,
Płynie z Gdańska do Mombasy.

Wiatrem się wcale nie przejmuje,
Kraciaste grzywy – hop! – przeskakuje.
Bałwany dzisiaj są kolorowe:
Niebieskie, żółte i fioletowe.

A gdy przepłynie, spokój nastaje,
Giną gdzieś wszystkie wzburzone fale.
Woda się staje spokojna, gładka
– Bo to koszulka jest wujka Tadka.

Płynie przed siebie, robiąc zakręty,
Burzy wciąż morza ciemne odmęty.
Zwiedzając porty w zatokach wielkich,
Wypluwa z siebie wody bąbelki.

Silnik ma bardzo, bardzo gorący,
Na górze lampek pięć migających.
Parowiec lśniący jest i błyszczący,
Parą od dołu wciąż buchający.

Jest na nim mostek dowodzenia,
Na którym nigdy załogi nie ma.
Ma tylko tatę – kapitana,
Co rano wziął się do prasowania.

^ powrót




szop pracz